Rodzina Szczeblewskich
RODZINA SZCZEBLEWKICH
Siedemdziesiąt pięć lat temu, w 1950 r., pojawił się w Janowicach Wielkich 26-letni
FRANCISZEK SZCZEBLEWSKI wraz ze swą żoną Adelą, rodowitą Włoszką. Młody człowiek z niezwykłą przeszłością wojenną.
Mój Tata urodził się 03.03.1924r. w Kamionce, w powiecie Starogard Gdański. Na przełomie 1941/42 roku – jako niespełna 18-latek wstąpił do Armii Andersa. Na początku stycznia 1943 zmobilizowany został do 2 Dywizji Pancernej 64 Batalionu Piechoty.
W 2 Korpusie Polski – włączonym w skład 2 Armii Brytyjskiej – walczył od 8 stycznia 1943 do 9 maja 1945r. na terenach zachodniej Europy, min. we Francji i Włoszech. Jako strzelec wyborowy II Pułku Strzeleckiego brał udział w bitwie pod Monte Casino i Anconą, uczestniczył w przełamaniu Linii Gotów, w walkach w Apeninie Emiliańskim i w zdobyciu Bolonii. Za zasługi wojenne Tata otrzymał wiele medali, orderów i odznak. Nie wszystkie się ostały, ale kilka przechowujemy wraz z dokumentacją ich przyznania:
- DYPLOM ZA UDZIAŁ W POLSKIM RUCHU OPORU na terenie Francji przyznany przez pułkownika Daniela Zdrojewskiego (1944)
- KRZYŻ MONTE CASINO – nadany rozkazem nr 1 Dowódcy 2 Korpusu z dnia 24.05.1945r.
- THE WAR MEDAL 1939-1945 – brytyjskie odznaczenie wojskowe przyznawane osobom, które podczas II wojny Światowej służyły w siłach zbrojnych Wielkiej Brytanii (1945)
- ODZNAKA PAMIĄTKOWA 2 KORPUSU przyznana na podstawie rozkazu generała Władysława Andersa (1946)
- BRYTYJSKA ODZNAKA PAMIĄTKOWA GWIAZDA ITALII (1946)
- KRZYŻ CZYNU BOJOWEGO POLSKICH SIŁ ZBROJNYCH NA ZACHODZIE – nadany przez Prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (1990)
- ODZNAKA WETERANA WALK O NIEPODLEGŁOŚĆ (1995)
- ODZNAKA ZA ZASŁUGI DLA ZWIĄZKU KOMBATANTÓW RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ I BYŁYCH WIĘŹNIÓW POLITYCZNYCH (1997)
(Kazimierz Szczeblewski)
Po zakończeniu działań wojennych Franciszek został we Włoszech, skąd na kilka miesięcy wyjechał w roku 1947 do Anglii. Prawdopodobnie w tym samym roku ożenił się z Włoszką.
Wiem, że po demobilizacji (1948) Tata razem z żoną zdecydowali się emigrować do Ameryki. Tuż przed odpłynięciem, na ich statku pojawili się agitatorzy zachęcający Polaków do powrotu do ojczyzny. Tata dał się namówić, zrezygnował z rejsu przez ocean i z żoną wrócił w swe rodzinne strony, do Polski. Tam kupił małe gospodarstwo w miejscowości Narkowy, z którego trudno jednak było się utrzymać. Dlatego, w poszukiwaniu pracy – po niespełna dwóch latach – Tata i jego żona przyjechali do Janowic Wielkich i zamieszkali na ul. Nadbrzeżnej nr 5. Tata szybko rozpoczął pracę w janowickiej fabryce papieru jako elektryk samouk. Pracował
i doszkalał się. Po ukończeniu kursów w Zakładzie Doskonalenia Rzemiosła we Wrocławiu został członkiem Czeladniczej Izby Rzemieślniczej oraz brygadzistą działu energetycznego.
W janowickiej fabryce pracował aż do emerytury (1984/85). (Ewa i Kazimierz Szczeblewscy)
Franciszek, po zamieszkaniu w Janowicach, dość szybko sprowadził tu swoich rodziców PAWŁA i FRANCISZKĘ SZCZEBLEWSKICH, z córkami Otylią i Łucją oraz synem Henrykiem. Zamieszkali oni w Trzcińsku, w budynku przedszkola, w którym Paweł pracował jako konserwator aż do emerytury. Potem, jako emeryt pracował na pół etatu w Urzędzie Gminy w Janowicach. Przez pewien czas mieszkał nawet w mieszkaniu znajdującym się w tym budynku na samej górze. W gminie Janowice Wielkie do dzisiaj mieszkają synowie Łucji Paplewskiej zd. Szczeblewska – Jan i Paweł Paplewscy oraz syn Henryka – Piotr Szczeblewski.
Małżeństwo Franciszka z Włoszką nie przetrwało, skończyło się w 1951r. polskim rozwodem. Mniej więcej w tym samym czasie Franciszek poznał dzięki koledze swoją przyszłą drugą żonę Michalinę. Pamiętam, że pierwsza żona mojego teścia odezwała się do niego
z Włoch w roku 1976 w sprawie poświadczenia rozwodu sprzed ćwierć wieku. Czekała tak długo, bowiem do 1970 r. prawo we Włoszech nie zezwalało na rozwód i nie uznawało rozwodu przeprowadzonego za granicą. (Ewa Szczeblewska)
Moja Mama MICHALINA KOZUBAL zd. Paliwoda, urodziła się 15.09.1923r.
w Weleśnicy Dolnej w powiecie Stanisławowskim (dzisiaj Iwanofrankowsk na Ukrainie). Była wdową po Kazimierzu Kozubal, który zaginął podczas wojny w obozie koncentracyjnym
w Dachau i mamą Zygmunta ur .w 1940 r. Jej rodzina została deportowana do Polski w 1945r.
i zamieszkała w miejscowości Zamch w powiecie Obsza w zamojskiem. Dwie ciotki mojej Mamy przyjechały w okolice Janowic Wielkich. Jedna zamieszkała w Ciechanowicach, druga
w Marciszowie. Mama przyjechała do nich w odwiedziny i postanowiła tu zamieszkać oraz sprowadzić swojego syna. Ślub rodziców odbył się w 1952r. w Ciechanowicach. Był to tzw. ślub kościelny na świadków, albowiem zaginął dokument poświadczający akt śmierci pierwszego męża mamy. Zaraz po moim urodzeniu się (09.04.1952r.) rodzice przeprowadzili się do większego domu na ul. Nadbrzeżnej pod nr.13. Mama zajmowała się domem i wychowaniem Zygmunta i mnie. Tata nie chciał, by pracowała, bo sam niezbyt radził sobie z obsługą domu, w tym kucharzeniem. (Kazimierz Szczeblewski)
Obecnie w Janowicach Wielkich mieszka tylko KAZIMIERZ SZCZEBLEWSKI – syn Franciszka z żoną. Jego przyrodni brat Zygmunt ożenił się w Janowicach z Haliną. W roku 1969 wraz z żoną i siedmioletnim synem Mirosławem wyprowadził się do Łomianek pod Warszawą, gdzie mieszkał do śmierci (1992).
Ja po ukończeniu janowickiej szkoły podstwowej pracowałem przez rok w Jeleniej Górze
w PKP. Od roku 1972 zatrudniony byłem – aż do zamknięcia zakładu – w janowickiej fabryce papieru. Następnie, aż do emerytury w roku 2012 pracowałem jako palacz w janowickim Prewentorium Kolejowym dla Dzieci. W Janowicach poznałem w 1973r. EWĘ RUTOWSKĄ (ur. 05.01.1953 w Szczawnie Zdroju), która rozpoczęła najpierw staż na stacji w Janowicach, by wkrótce podjąć pracę na stanowisku dyżurnego ruchu, którą zakończyła w roku 2001 przechodząc na zasiłek przedemerytalny. Ślub wzieliśmy 08.09.1973r. – cywilny w Ratuszu w Wałbrzychu, a kościelny w Szczawienku. Mamy dwie dorosłe córki: RENATĘ (1974) i IWONĘ (1979). Obie z rodzinami mieszkają w Warszawie, podobnie jak nasz dorosły wnuk Emanuel. (Kazimierz Szczeblewski)
Moi rodzice, tak jak wielu sąsiadów, hodowali kury, kaczki i króliki, nawet świnie. Królikami zajmował się wyłącznie mój Tata. Rodzice dzierżawili też dwie działki, na których sadzili buraki pastewne, ziemniaki, czasami kapustę. Po to, by zapewnić pożywienie sobie i zwierzętom. Do obowiązków Taty należało kopanie jednej działki (druga była orana) oraz ogródka przydomowego i pomaganie przy sadzeniu ziemniaków i przy wykopkach. Wszystkie pozostałe prace były w gestii Mamy: sianie, przerywaniei pielenie.
Tata miał akordeon, a ja pamiętam, że wieczorami siadał przed domem na ławce i grał,
i grał. Przychodzili wtedy sąsiedzi, by posłuchać i razem pośpiewać, a nawet potańczyć. Było naprawdę wesoło! Tata grywał również na wielu weselach. Grał też w przedszkolu i w szkole na różnych uroczystościach. Jednak gdy zamarzył, by być zmotoryzowanym, to sprzedał akordeon i pieniądze dołożył do tych zbieranych na kupno motoru. Później Tata sprzedał motocykl i kupił syrenkę. Wszystkim szkoda było tego akordeonu. Pamiętam też, że Ojciec woził naszego proboszcza do innych parafii, np. gdy była spowiedź przed świętami. W tym czasie rodzice wraz z mamy kuzynem bili świnie i robili różne wyroby, ale z wyjątkiem kiełbas. Zdarzyło się tak, że właśnie w tym czasie przychodził ksiądz, aby umówić się na wyjazd. Rzecz jasna był częstowany tymi wyrobami, a najbardziej smakowała mu kaszanka. Któregoś razu mały Mirek – syn mojego brata Zygmunta, zobaczył w drzwiach proboszcza i oświadczył mu: Babcia już nie ma kaszanki! Wszyscy parsknęli śmiechem, ksiądz też.
Po moim ślubie przez cztery lata mieszkaliśmy z moimi rodzicami na Nadbrzeżnej 13. Wśród drobiu mieli oni pięknego koguta, który był panem podwórka. Bała się go nasza sąsiadka
i zawsze chodziła z kijem. Myślę, że wyczuwał strach, bo skakał tylko do tych, co się go bali. Moja córka Renia również się go bardzo bała i na podwórko wychodziła tylko z kimś dorosłym. Któregoś razu wyszliśmy razem. Ja nie spodziewałem się, że przy mnie kogut może ją zaatakować. Gdy córka przykucnęła, by podnieść kamyk, kogut skoczył na nią i zaczął ją dziobać po głowie. Dobrze, że było wtedy zimno i na głowie miała kaptur. Bardzo się zdenerwowałem, chciałem go dorwać, ale zdążył uciec. No cóż, w najbliższą niedzielę był pyszny rosołek! Ewa dostała od dawnej swojej sąsiadki dwie kurki i kogutka z liliputów. On zastąpił tamtego koguta. Też był mały zadziora, ale do ludzi nie skakał. Dożył na naszym podwórku sędziwego wieku. Niestety zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, po prostu nie wrócił pewnego dnia do swojego kurnika.
Jak ojciec był we Włoszech bardzo zasmakowała mu pastasciutta. W naszym domu dość często robiło się to danie makaronowe. Pamiętam, że Tata lubił też tzw. ślepego śledzia – potrawę z jego rodzinnych stron, więc mama robiła go czasami w poście. Natomiast zamiast kutii mama robiła makiełki. Z jej stron mamy też przepis na pierogi z kaszą gryczaną
i ziemniakami. Moja żona wzięła go od ciotki Agaty – siostry mojej Mamy. My te dania też lubimy.
A oto te przepisy , bez podawania ilości i proporcji.
PASTASCIUTTA – Makaron własnej roboty (na każde 10 dkg jedno jajko) pokrojony grubiej niż kroi się do rosołu (krajanka). Karczek pokrojony w kostkę – mniejszą niż do gulaszu – najpierw podsmażony na smalcu, a potem wraz z przyprawami ( sól, pieprz, liść laurowy i ziele angielskie) duszony do miękkości. Pod koniec duszenia dodaje się przecier pomidorowy. Ugotowany makaron miesza się z tym mięsem i doprawia do smaku według uznania. Moja Ewa troszkę go zmodernizowała i dodaje cebulę pokrojoną w piórka. Czasmi, jeżeli ktoś lubi, dodaje czosnek – ale zmienia on smak tej potrawy.
ŚLEPY ŚLEDŹ – Śledź, w którym nie ma ryby! Dużą cebulę kroi się w kostkę i zalewa wodą z octem, cukrem i solą. Zalewa musi być lekko słodko-kwaśna i odstawiona na pół godziny do przegryzienia. Tak przygotowaną cebulę podaje się z ugotowanymi ziemniakami, tłuczonymi z masłem. Oczywiście ziemniaki podaje się na osobnym talerzu. Ślepego śledzia je się naprzemiennie – łyżka ziemniaków – łyżka cebuli z zalewą – łyżka ziemniaków….
MAKIEŁKI – Chałkę pokrojoną w kromki smaruje się masłem i suszy w piekarniku – kiedyś robiono to w duchówce. Mak robi się tak, jak do makowca – z bakaliami, ale bez piany z białek. Wysuszoną chałkę łamie się na kawałki i zalewa gorącym mlekiem po trochu – tyle mleka aby chałka zmiękła, ale żeby nie była to mamałyga. Gdy już zmięknie dodaje się mak i miesza. Podaje się takie makiełki na ciepło.
PIEROGI z nadzieniem z kaszy gryczanej i ziemniaków. Są to pączki z ciasta drożdżowego nadziewane farszem i smażone w głębokim tłuszczu. Jednak Ewa robi trochę inaczej ciasto, tak jak do kapuśniaczków, czyli krucho- drożdżowe. Farsz robi według własnej proporcji. Kaszę gryczaną gotuje na sypko, ziemniaki w lekko osolonej wodzie do miękkości, a cebulę pokrojoną w kostkę smaży na oleju do zrumienienia. Cebuli musi być dużo. Odcedzone ziemniaki – razem z kaszą, cebulą, pieprzem i oregano tłucze tłuczkiem do ziemniaków, aż wszystko się ładnie połączy. Ciasto nadziewa tym farszem jak pączki i odstawia do wyrośnięcia. Piecze w piekarniku i podaje z czystym czerwonym barszczem. Bardzo je wszyscy lubimy!
(Kazimierz i Ewa Szczeblewscy)